WGWK na Filipinach

WGWK na Filipinach

W tym roku wspólnie postanowiliśmy odpuścić sobie tradycyjną zmianę dech na snowboard i pozostać przy chodzeniu w boardshortach, japonkach i pływaniu na kitecie. Padło na Azję, gdyż jest najbardziej dostępna finansowo oraz Marek Rowiński już wcześniej ją mocno zachwalał, po tym jak spędził tam zimę 2012. Wstępnie wahaliśmy się między Wietnamem, Tajlandią a Filipinami. Jednak ze względu na całą ekipę instruktorską z El Gouny, która udawała się potem na Boracay oraz zdecydowanie lepsze ceny wyciągów wake’owych ostatecznie wybraliśmy Filipiny.

 

Bilet lotniczy kosztował nas 2400 zł w dwie strony. Wylot z Warszawy, z przesiadkami w Amsterdamie i w Pekinie (liniami KLM i Southern China), w sumie 26 godzin. Oczywiście było sporo szybszych połączeń, chociażby Emirates lub Qatar, ale ceny zaczynały się od 3300 zł. Ale wiedząc, że lecimy na ponad 2 miesiące, stwierdziliśmy, że możemy się troszkę przemęczyć. 

 

KLM ma w swojej ofercie nadanie Golf Baga za darmo, jeśli wcześniej zapiszemy się do ich klubu Flying Blue Golf. Dopełniliśmy wszelkich formalności, plus najnowszy quiver od Nobile jest uszyty na wzór prawdziwych golf bagów, więc na lotnisku w Warszawie wszystko przeszło gładko i panie nadały nasz quiver za darmo prosto do Manilii!

 

W Manilii wylądowaliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem spowodowanym głównie opieszałością Chińczyków w Pekinie. Zaraz po wejściu na terminal czekała nas długa kolejka do odprawy paszportowej. Jako obywatele Polski przysługuje nam 30 dni bez wizy na podstawie biletu powrotnego. My pokazaliśmy nasze bilety powrotne za ponad 2 miesiące. Powiedzieliśmy, że załatwimy wizy na Boracay i bez problemy dostaliśmy pieczątkę na 30 dni. Po wyjściu na zewnątrz zaatakowało nas pełno prywatnych taksówkarzy, oferując podwiezienie do hotelu za 2-3 razy wyższą cenę, więc mocno polecamy korzystanie z oficjalnych taksówek. Cena powinna wynieść około 250-300 peso. Noc po przylocie spędziliśmy w hotelu Go Hotel Otis Manila, zarezerwowanego przez booking.com (54 zł/os). Warunki jak najbardziej dobre. Tuż pod hotelem jest miejsce, w którym można wymienić pieniądze oraz centrum handlowe, gdzie można zrobić zakupy i kupić filipińską kartę do telefonu (dwie główne sieci to Smart i Globe).

Następnego dnia złapaliśmy taksówkę (250 peso) by dotrzeć do terminalu autobusowego Buendia, skąd odjeżdżają busy do Batangas, skąd znowu pływają promy na Boracay. Po dotarciu do Buendii, do taksówki podbiegła grupka Filipińczyków i nim zdążyliśmy zapłacić za taksówkę, widzieliśmy jak nasze bagaże oddalały się w stronę terminalu, czym byliśmy lekko zestresowani :) Wszystko było jednak w jak najlepszym porządku, chłopaki zapakowali bagaże do odpowiedniego busa i za całą usługę chcieli tylko 20 peso. Podróż trwała około 3,5h (zależy od korków w Manilii), przerywana kilkoma postojami, na których wskakiwała cała masa sprzedawców, oferujących napoje i lokalne specjały do jedzenia. Ze wszystkiego zjadliwe były orzeszki i kukurydza. Gdy dojechaliśmy na prom, znowu zaatakowała nas banda Filipków, którzy chcieli targać bagaże. Po kilku razach sytuacja z tragarzami staje się denerwująca, gdyż właściwie to wyrywają ci bagaż z rąk i nie masz na to wielkiego wpływu, a później krzyczą sobie za to nawet i 100 peso. Także koniec końców dawaliśmy im tylko najcięższy quiver za z góry ustaloną cenę.

 

Prom z Batangas wypływa codziennie w godzinach wieczornych plus dodatkowo w każdy czwartek i niedziele z rana. Płynie około 8 godzin. Możemy wybierać pomiędzy kilkoma klasami podróży. Najtańsza to Super Value, czyli piętrowe łóżka na świeżym powietrzu, kolejna to Tourist Class, gdzie za dodatkowe 4 zł znajdujemy się w klimatyzowanym pomieszczeniu, my zaś w obydwie strony wykupiliśmy sobie kabinę, co wyszło kolejne 25 zł dopłaty od osoby. Podsumowując, ceny promu wahają się od 700 peso do 1200, zależnie od standardu jaki wybierzemy.

Rano dotarliśmy do Caticlan, skąd musieliśmy jeszcze złapać mała łódkę, która przerzuciła nas na Boracay. Sam transport kosztuje 30 peso plus opłaty dodatkowe, w sumie 200 peso/os. Po dotarciu na drugą stronę, musieliśmy jeszcze dostać się na spot kite’owy, czyli Bulabog Beach. Do wyboru były trycykle za 150 peso lub mikrobusiki za 250 peso. Te pierwsze mają lepszy klimat, ale są zdecydowanie niebezpieczniejsze. Znajomi mieli wypadek w jednym z nich, skończyło się zniszczonym quiverem i obdrapaną ręką, ale mogło być znacznie gorzej. Co najciekawsze, kierowca po wypadku wciąż chciał zapłatę za podróż :)

 

Zrzuciliśmy nasze bagaże w szkółce Ocean Republic, która jest lokalnym dystrybutorem Nobile i stanęliśmy przed kolejnym wyzwaniem - znalezienie kwatery. Ogranicza się to do chodzenia od domu do domu i pytania się o wolne pokoje. Generalnie było ciężko, właściciele nie są rekinami biznesu i nikt jeszcze nie pojął, że reklama jest dźwignią handlu. Często słyszeliśmy, że gdzieś są dostępne pokoje, jednak mieliśmy poważny problem ze znalezieniem właściciela. Po dwóch godzinach bezskutecznych poszukiwań, zaczęliśmy się podłamywać. Jedyne co znaleźliśmy to klitka z dwoma łóżkami piętrowymi, niestety bez materacy :) Cala akcja kończy się sukcesem dopiero, gdy uderzamy w te same miejsca z polskimi instruktorami, którzy już ogarniają system. Pokoje są wynajmowane na taryfę dzienną lub miesięczną. Stawki tygodniowe lub dwutygodniowe trzeba negocjować.

Cena dzienna od 500 peso do nawet 4000 peso w pierwszej linii przy wodzie, zaś miesięczna zaczyna się od 9000, jednak średnia stawka to 15 000-20 000 peso.

 

Spot kite’owy to wielka zatoka z mnóstwem szkółek. Zależnie od pływów możemy trafić na płaską wodę, która wraz z przybieraniem robi się coraz bardziej czopowota. Jeśli wyhalsujemy się bardziej pod wiatr do granicy rafy to możemy popływać na “falkach”. Maja one maksymalnie 0,5m,  więc o wavie nie ma tutaj mowy. Bardziej można się pobawić, używając ich jako kickerów. Dodatkowo między falami robi się na prawdę płasko, więc dużo łatwiej o poprawne wybicie. Nasze 3 tygodnie na wyspie spędziliśmy w styczniu, co według statystyk jest najbardziej wietrznym okresem. Nam się trafiła pięciodniowa przerwa wiatrowa. Z kolei gdy wiało, trzeba było używać duże latawce (12-15 węzłów). Wiatr jest też mocno szkwalisty. Jednak wszyscy podkreślali, że kiepsko trafiliśmy i normalnie jest inaczej. Trzeba także wspomnieć o tym, że ścieki z całej wyspy trafiają bezpośrednio do zatoki, co prawdopodobnie było przyczyną wielu zatruć.

 

Kolejna kwestia to turystyka na wyspie. Nazwaliśmy ją Władysławowem Filipin. Ludzi jest po prostu masa, tak samo jak restauracji i klubów. Dla nas to traci wszystko klimat, bo praktycznie wszędzie musimy przepychać się w tłumie, co chwilę zaczepiają nas uliczni sprzedawcy, wciskając kijki do robienia selfie, lasery bądź wycieczki w kierunku zachodu słońca. Ponadto przez taką ilość turystów wyspa jest nieco zaśmiecona oraz ceny 3-5 razy wyższe w stosunku do innych miejsc.

 

Podsumowując, jeżeli szukasz miejsca z tętniącym życiem nocnym, gdzie codziennie odbywa się jakaś impreza, a od samego rana wieje, to Boracay jest wymarzonym miejscem. My wolimy miejsca spokojniejsze, z ładnymi okolicznościami przyrody i zdecydowanie mniej tłoczne. Na szczęście wesoła polska ekipa spotkana na miejscu oraz budowa slidera z bambusów, umiliła nam czas na miejscu i było calkiem fajnie.

 

Po 3 tygodniach zawinęliśmy się do wakeparku CWC, gdzie siedzimy już ponad 3 tygodnie i jest ultra hiper super najlepiej, ale o tym w następnej relacji :)

Komentarze

Dodaj komentarz